Kwestia kasy… i to konkretnej – eksperyment myślowy

szklanki

„A gdyby pieniądze nie miały znaczenia?” – to jedno z tych pytań, które mają sprawić, że poszerzy się spektrum możliwości lub zniweluje się przeszkody stojące na drodze do ambitnego myślenia o swoich celach osobistych lub biznesowych. Pytanie ma wiele wariantów, można w nim zmieniać wyrazy czy stosować inne modyfikacje, niemniej w każdej ze swoich form sedno jest to samo – postawić na kreatywność, zamiast skupiać się na tym, czego „niedasię”. Znam trenerów, którzy lubią to pytanie, znam szkoły coachingu, które podają je jako jeden z wielu przykładów. Ba, sam z niego korzystam i uważam, że może to być dobre, otwierające pytanie. Ale dzisiaj odnoszę się do kwestii ograniczeń proponując inne ćwiczenie. Ćwiczenie, które składa się z trzech pytań:

  1. Co zrobisz mając do dyspozycji dodatkowe 20 tysięcy (złotych)?
  2. Co zrobisz mając do dyspozycji do dyspozycji dodatkowe 200 tysięcy?
  3. Co zrobisz mając do dyspozycji do dyspozycji dodatkowe pół miliona?

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to nie bardzo ma sens. No bo przecież… (co Ci przyszło do głowy w tym momencie?). Moja pierwsza – teoretyczna! – reakcja na ten zestaw pytań była taka: Po co te dwa pierwsze pytania? Czy odpowiedź na nie nie zawiera się w odpowiedzi na pytanie ostatnie? Hę?

Na szczęście, osoba od której usłyszałem to pytanie, zamiast przekonywać do „swoich” racji, zachęciła mnie do tego, żebym ćwiczenie wykonał, a nie kontestował. Chodziłem z tymi pytaniami w głowie przez kilka dni, zanim solidnie nad nimi usiadłem i przygotowałem swoje odpowiedzi. I co się okazało? Odpowiedź na każde pytanie brzmiała inaczej i nie zawierały się w sobie! Ale najciekawszy wniosek był taki, że to, co odpowiedziałbym na pytanie o sytuację w której „pieniądze nie mają znaczenia” było bliższe opcji za… 200 tys. Dopiero zabawa ideą posiadania pół miliona pokazała, że są możliwości, których nie brałem pod uwagę!

Co sprawia, że warto korzystać z tego ćwiczenia?

  1. Skupienie na kwotach – „pieniądze nie mają znaczenia” może być sytuacją abstrakcyjną i trudną do wyobrażenia, a podana suma, nawet jeśli także abstrakcyjna, nakierowuje myślenie na konkretną sytuację.
  2. Ograniczenie naprawdę przestaje mieć znaczenie. Po pierwsze, pytając o sytuację, w której „pieniądze nie mają znaczenia” możemy sprawić, że rozmówca zafiksuje się na tym, że… pieniądze są przeszkodą. A tego nie chcemy. Po drugie – jak w moim przykładzie powyżej – najwyższy próg może okazać się sytuacją, w której do wirtualnej dyspozycji jest więcej pieniędzy niż gdy „pieniądze nie mają znaczenia”.
  3. Łatwa modyfikacja i dostosowanie do konkretnej sytuacji – może osoba, z którą pracujesz wolałaby kwoty 5, 20 i 100 tysięcy? A może pół miliona, 10 milionów i sto milionów? A może 100 zł, 500 zł i 2 tysiące. Znając rozmówcę wiesz, jakie progi zaproponować dla najlepszego efektu.
  4. Prostota – nie trzeba dodatkowych „narzędzi”, rozbudowanych modeli, wyszukanych pomocy.
  5. Może to być zarówno ćwiczenie na „tu i teraz”, jak też „praca domowa” –  ja lubię dać czas na przemyślenie odpowiedzi, ale – znowu – zależy to od sytuacji i samoświadomości rozmówcy.

A co zrobić odpowiedziami? Pomysł na wykorzystania każdej z kwot powinien stanowić wstęp do dalszej rozmowy i sformułowania, potwierdzenia lub rewizji celów i możliwości. Poniżej proponuję kilka uniwersalnych pytań, ale pamiętaj, że najwartościowsze i tak będą te, które w naturalny sposób wynikną z kontekstu rozmowy.

  1. Co sprawiło, że wybrałeś/ aś właśnie takie odpowiedz?
  2. Jak czułeś/ aś się z myślą, że dysponujesz kwotą A? A jak kwotą B? A jak kwotą C?
  3. Który scenariusz chcesz zrealizować?
  4. Z kim rozmawiałeś/ aś o tym ćwiczeniu? Jaka jest ich opinia? Jak ważna jest ta opinia dla Ciebie? A gdyby ta opinia się nie miała znaczenia, jak zmieniłyby się Twoje odpowiedzi?
  5. Gdybyś poprosił/ a życzliwą Ci osobę o skomentowanie Twoich wyborów, co ta osoba by ci powiedziała?
  6. Czego potrzebujesz, żeby mieć do dyspozycji kwotę pozwalającą na realizację wybranego scenariusza?
  7. … etc.
  8. Pewnie też masz na pomysł na jakieś pytanie – zapisz je od razu, a jeśli chcesz, podziel się nim w komentarzu.

Jak korzystać z ćwiczenia? Ta prosta technika ma zastosowanie:

  • W formułowaniu celów osobistych.
  • W przygotowaniu biznes planu i rozmowach o strategiach przedsiębiorstwa, planowaniu budżetu organizacji, czy działu.
  • W planowaniu finansów własnych i w rozmowach o budżecie domowym – także z dziećmi.
  • I w każdej innej sytuacji, którą uznasz za stosowną.

Ćwiczenie zostało pomyślane dla doradcy, trenera, coacha, ale równie dobrze można je wykonać samemu ze sobą. Do tej ostatniej opcji szczególnie Cię zachęcam… teraz!

_________

Wpis ukazał się oryginalnie na blogu Adama Gieniusza w Innpoland.pl

There’s no business like show business (Sri Lanka, spisane w 2003r.)

Podróż sentymentalna w czasie i przestrzeni trwa nadal. Ponownie wracam na Sri Lankę a.d. 2003, a także do… Kalkuty lat 50-tych… Do tego kilka refleksji nad byciem białym cudzoziemcem.

Pobyt na Sri Lance to nie tylko inna kultura – to także ciekawe możliwości. Możliwości wynikające z faktu bycia… białym. Jak to określiła mieszkająca tutaj Kanadyjka – na Sri Lance „it’s funny to be white” – i to chyba oddaje istotę sprawy. Bo z jednej strony – okazywany większy szacunek, a z drugiej – cena dla cudzoziemca jest na dzień dobry wyższa Z jednej strony „hello my friend„, z drugiej bywa, że nie można się zupełnie porozumieć, ale cóż…

[Dopisek z 2015: warto wiedzieć, że to, co pomogło Europejczykom w podboju Indii i Sri Lanki to właśnie kolor skóry. Najwyższe kasty w tych krajach cechują się (relatywnie) bladym licem, a ideałem piękna jest jasna skóra. Tym samym nieopaleni przybysze samym wyglądem zyskiwali pozycję nadrzędną wobec miejscowych…]

Inny przejaw tutejszego „rasizmu” to moja ostatnia wizyta na lotnisku. Parę lat temu (w 2001r.) Tamilskie Tygrysy przypuściły atak na lotnisko czyniąc duże straty, więc jest to obiekt intensywnie chroniony. Są policyjne blokady przed wjazdem i sprawdzanie wszelkich większych (i mniejszych) pojazdów… ale biała osoba wewnątrz wehikułu to właściwie gwarancja, że taki samochód może jechać bez kontroli. Do tego nie można tutaj wejść do poczekalni w hali przylotów, chyba, że za opłatą. Nie dość tego, że nie można wejść – trzeba czekać w specjalnej strefie, która jest kilkadziesiąt metrów od wyjścia. Oczywiście można próbować podchodzić bliżej wyjścia, ale tubylcy są proszeni przez policję o wracanie na miejsce. Chwilę później znowu próbują, znowu są wyganiani i tak przez cały czas. W strefie między wyjściem, a „bezpłatną poczekalnią” przebywać mogą właściwie tylko przylatujący, którzy pakują się do taksówek. No i … biali. W tej strefie, z której po 5 minutach wyrzucili wszystkich miejscowych mogłem sobie swobodnie łazić bez udawania, że właśnie przyleciałem nie niepokojony przez nikogo…

[Dopisek z 2015 – z racji tego, co na Sri Lance robiłem, często na lotnisko jeździłem odbierać przyjeżdżających cudzoziemców. Ja to lubiłem, a do tego możliwość „przemykania się” do strefy wyjścia z hali przylotów była wszystkim na rękę. TYLKO RAZ przez cały rok (kilkanaście wyjazdów na lotnisko) zdażyło się, że policjant wyprosił mnie z tej strefy.

Inna sytuacja lotniskowa. Na początku 2004 roku odprowadzałem siostrę na samolot powrotny. W okolice portu lotniczego dotarliśmy komunikacją publiczną, a nie chcąc płacić za taksówkę, do terminalu postanowiliśmy się przejść – całego spaceru może kilometr. Zbliżamy się do budki strażnika i płotu okalającego teren lotniska. Ja – biały, siostra – biała. Z budki wychodzi żołnierz. Na ramieniu karabin. Rusza w moim kierunku, wyciąga dłoń i… z wielkim, szczerym uśmiechem na twarzy mówi „HAPPY NEW YEAR, SIR”. Życząc szczęścia na nowy rok ściska mi dłoń. O paszport nie pytał.]

Adam Gieniusz
Na planie filmowym

A teraz dwa słowa o tym skąd „there is no business like showbusiness” w tytule. Na Sri Lance kręcony jest właśnie film o Matce Teresie z Kalkuty. Robią go Włosi, więc miejmy nadzieję (właściwie to głównie ja mam nadzieję), że pokażą go prędzej czy później też w Polsce. Do filmu potrzebni byli biali statyści, więc… To ciekawe doświadczenie zobaczyć jak wygląda kręcenie filmu. Najciekawsze jest to, że kilkuminutowa (2 – 3 min) scena kręcona bywa przez cały dzień. Powtórki, więcej powtórek, inne ujęcia, powtórki innego ujęcia, powtórka wcześniejszego ujęcia, itd. Najwięcej radości dostarczyły jednak kostiumy – tym bardziej, że część akcji, do której potrzebni byliśmy jako statyści to lata 50-te. Oprócz walorów poznawczo – przygodowych, udział w filmie to też:

  • jedzenie za darmo (zazwyczaj szwedzki bufet)
  • 40 USD (żadnego zera nie brakuje) za dzień – to 1/3 mojej miesięcznej pensji, więc naprawdę się opłaca!

Pointa – dopisek z 30 lipca ’06: Czyż życie nie bywa zabawne? Trzy lata po „występie” w filmie, którego akcja działa się w Kalkucie, mieszkam w prawdziwej Kalkucie. A ha, film był pokazywany w Polsce na Boże Narodzenie ’05. Tylko i wyłącznie statyści ratują tę produkcję. Kiedyś może napiszę jakąś recenzję…

[Dopisek z 2015: Film, o którym mowa to Matka Teresa – tu info na FilmWeb.  Z ciekawostek – film został wyreżyserowany przez Fabrizia Costę, który później – w 2008r. – kręcił pierwowzór „Ojca Mateusza” („Don Mateo”).]

Żeby zobaczyć moją życiową rolę „Klient Biura Podróży” przejdź do 23:46: 

Cały film z polskim lektorem można znaleźć na YT: część pierwszadruga.

Thaipusam – najbardziej hardkorowa procesja, o której nie masz pojęcia (Sri Lanka, spisane w 2003r.)

Dziś ponownie wracamy na Sri Lankę. W poprzednim wpisie z Wyspy było o skalnej fortecy, a dzisiaj wspomnienie wiary i dziękczynienia wyrażonej w naprawdę wyjątkowej formie. Edytując ten tekst – a przecież pisałem go 12 lat temu (!), wszystko, co opisuję (i to, czego nie opisuję) stawało mi w całej krasie przed oczami… Fascynująca ceremonia!

Kolejne z wydarzeń, o którym warto wspomnieć, to święto hinduistyczne… bardzo specyficzna celebracja…

Ale zanim to – nieco wprowadzenia. Sri Lanka to państwo buddyjskie, a sam buddyzm jest wymieniany jako religia* państwowa w konstytucji. Etnicznie, buddyści to Syngalezi stanowiący 70% mieszkańców. Druga co do wielkości grupa to Tamilowie, którzy przybyli na Sri Lankę w dwóch turach:

  • 2 000 lat temu (określani jako Tamilowie lankijscy) – ci zamieszkują północ i wschód wyspy.
  • w XIX wieku (Tamilowie indyjscy, przywiezieni przez Brytyjczyków do pracy przy uprawach kawy i herbaty) – ci zamieszkują wyżyny centralne.

Tamilskie Tygrysy** rekrutują się głównie z „migrantów” z pierwszej tury. Tamilowie pochodzący z Indii to hinduiści lub chrześcijanie. Jako, że Tamilowie lankijscy to dawni wojownicy, a więc kasty wysokie, a Tamilowie indyjscy to robotnicy, czyli kasty niskie, jedni z drugimi nie chcą mieć zbyt wiele wspólnego. Jak na ironię – anachroniczny system kastowy jest w tym przypadku korzystny dla kraju, bo sprawia, że rebelia z północy i wschodu nie przeniosła się na plantacje ulokowane w centrum.

Co ciekawe, a może raczej smutne – mimo, że buddyści (Syngalezi), hinuiści (Tamilowie), muzułmanie i chrześcijanie żyją obok siebie i pracują ze sobą, mimo, że przy ulicach stoją posągi Buddy, Chrystusa, Ganeshy i innych bóstw hinduistycznych, wszystkie te grupy bardzo mało wiedzą o sobie na wzajem, o swoich zwyczajach i tradycjach. W sobotę – właściwie przez przypadek – udało nam się zobaczyć BARDZO ciekawe święto hinduistyczne. Syngalezi, którzy byli z nami – cudzoziemcami, sami widzieli je po raz pierwszy (sic!). Co więcej, niektóre Lankijki były chyba bardziej zaszokowane niż my – Europejczycy i Amerykanie…

No dobrze, ale o co chodzi?

Co roku, każda świątynia hinduistyczna (buddyjska też, ale to zupełnie inna historia) organizuje procesję. [Dopisek z 2015 – okazuje się, że to nie takie proste, ale o tym w przypisie na końcu tekstu]. Procesja to okazja do podziękowania bogom za spełnienie próśb i wysłuchanie modlitw… Procesja zaczyna się rano, około 6 i wędruje ulicami miasta. Finał następuje po południu – tam, gdzie my byli śmy – około 16. Na czele pochodu ciągnięte na dwóch linach są wielkie powozy (ratha). Są one bardzo kolorowe, wykonane z rzeźbionego drewna. Moje skojarzenie to dynia z „Kopciuszka” – ze względu na kształt. Ratha ma wysokość 4 – 5 metrów. Powóz ciągnięty jest przez grupę mężczyzn – pierwsza lina i grupę kobiet – druga lina. W samym powozie jedzie kilu (chyba) kapłanów. Kiedy procesja kończy bieg, przed każdym z powozów ludzie rozbijają orzechy kokosowe jako dary dla bogów. Między powozami idą pielgrzymi. I teraz zaczyna się ciekawa część… jako dziękczynienie za spełnienie modlitw wykonuje się tu np… udział w pielgrzymce polegający na turlaniu się po ziemi wzdłuż całej trasy. Brało w tym udział kilku mężczyzn i, co ciekawe, a było to coś na co wszyscy zwracali uwagę, polewano przed nimi asfalt wodą, a pątnicy na łokciach i kolanach mieli ochraniacze – w sumie słusznie. Było też kilka kobiet – ale nimi nikt nie zawracał sobie specjalnie głowy – po prostu ubłocone sari, do tego kilka innych kobiet pomagających się turlać. Na samym końcu procesji turlał się młody chłopak – może 15 – 17 lat –jeszcze nie uznany za mężczyznę, ale najwyraźniej już nie wypada mu dołączać do kobiet… Oprócz „turlających się”, część mężczyzn – wszystko w ramach dziękczynienia – miało skórę na plecach poprzebijaną… hakami – naprawdę porządnymi stalowyki hakami! Do haków przyczepione były linki, które trzymała inna osoba. Każdy z „przekłutych” szedł tańcząc ekstatycznie – wyrywając się do przodu i cofając po naprężeniu lin i naciągnięciu skóry. Jak nam powiedziano – to specyficzne balansowanie pozwala nie odczuwać bólu. A ha – mimo przekłucia skóry nie było żadnej krwi.

Ale poprzekłuwane plecy, to jeszcze nic…

Niektórzy pielgrzymi miały poprzebijane policzki – taki drut, który wchodzi jednym policzkiem a wychodzi drugim. Niekiedy przekłuty był też język… Wszystko nadal bezkrwawo.

To, że uczestnicy procesji byli „prowadzeni” na linach z hakami to jeszcze nic…

W ramach procesji jechało kilka ciężarówek, które miały przymocowany specjalny drąg wystający na o.k. 2,5 m przed kabiną kierowcy. Na drągach zaczepieni poziomo, zwisali na hakach kolejni pielgrzymi. Czy wiesz, że wystarczy 10 miejsc przekłucia skóry, żeby utrzymać dorosłego mężczyznę tylko na na hakach, bez żadnej innej pomocy…?

Z różnego rodzaju hakami w ciele w procesji wzięło udział kilkanaście osób. I ciągle trzeba pamiętać, że to wszystko nie było karą, ale sposobem wyrażenie wdzięczności za spełnione modlitwy. Chyba to jest najtrudniejsze do zrozumienia (zaakceptowania?) dla przedstawiciela zachodniej kultury – że takie ceremonie nie są karą.

I na zakończenie jeszcze o tym, co trudne do zaakceptowania. „Biali” są tu zazwyczaj witani zdaniami typu – „witaj przyjacielu, skąd jesteś?*** Na początku jest to naprawdę miłe i z uporem godnym lepszej sprawy tłumaczy się „Poland… No, NOT Holland, closer to Russia… blah, blah”. Ale po miesiącu robi się to już… lekko mówiąc – irytujące. Odpowiedź, którą od paru dni udzielam na tego typu pytania to: „I’m from Colombo!„… i ta odpowiedź jest najtrudniejsza do przyjęcia przez tubylców! Podejrzewam, że prędzej uwierzyliby w spotkanie z Marsjaninem niż w to, że biały może „pochodzić” z Colombo…

[Dopisek z 2015: Opisana ceremonia to Thaipusam (தைப்பூசம) – święto hinduistyczne obchodzone […] zwłaszcza przez społeczność tamilską. Wypada podczas pełni Księżyca podczas tamilskiego miesiąca thai i związane jest z narodzinami boga wojny Murugana. (W polskiej Wikipedii to właściwie tyle, więcej jest po angielsku). O ile faktycznie każda świątynia organizuje jakąś procesję, to jednak Thaipusam na Sri Lance nie jest tak powszechne – o czym świadczyły między innymi reakcje miejscowych koleżanek. Jeśli jesteś ciekawy/ ciekawa jak wyglądają pątnicy, którzy poddają się rytuałowi – zdjęcia z ceremonii można znaleźć w Internecie. Link, który jest w dalszej części tego zdania otwierasz na własną odpowiedzialność, ale zanim to zrobisz – mam prośbę: nie potępiaj osób, które biorą w tym udział, ani hinduizmu, przyjmij, że ktoś gdzieś tak wyraża swoją wiarę, tak po prostu: zdjęcia w Google]

* to, czy buddyzm jest religią, czy systemem filozoficznym nadaje się nie tylko na wpis, ale i na pracę naukową… zakończoną doktoratem i habilitacją…

** przypominam, że tekst powstał w 2003 roku, kiedy woja domowa na Sri Lance miedzy siłami rządowymi, a Tamilskimi Tygrysami trwała w najlepsze (chociaż akurat wówczas miało miejsce zawieszenie broni). O Tamilskich Tygrysach można poczytać chociażby w Wikipedii.

*** inne typowe przywitanie na Sri Lance to Where are you going? (dokąd idziesz?) Uwaga! To nie jest pytanie o miejsce do którego się udajemy! To odpowiednik angielskiego „How are you?”, na które nikt nie oczekuje raportu na temat samopoczucia! Jak więc odpowiedzieć: „w pobliże/ niedaleko”, czyli po angielsku „close by”, a po syngalesku „langata” (ළඟට).

 

Panta rei, czyli zmiana goni zmianę

ZMIANA
Adam, jego córka i ZMIANA

Jakiś czas temu – Anka Łoza-Dzidowska – coach, trener, graficzka, autorka fantastycznych pomocy wizualnych dla coacha i trenera (na przykład takich) zapytała mnie o zmianę. Zrobiła to w ramach cyklu wpisów, gdzie goście traktują słowo zmiana jako skrótowiec ZMIANA i rozwijają go przypisując każdej literce słowo, które jest częścią… zmiany. Poniżej moja wypowiedź.

Adam Gieniusz zapytany o zmianę dochodzi do wniosku, że jest z nią za pan brat. Pracował na etacie i na własny rachunek, w firmach komercyjnych i w organizacjach non-profit, w małych i w dużych przedsiębiorstwach. Mieszkał w Europie – w Polsce i w Niemczech oraz w Azji – na Sri Lance i w Indiach, a przez jakiś czas również w Ameryce Środkowej – w Gwatemali. Jednak największą zmianą dla Adama, w 2011r., były narodziny córki. Na co dzień, poprzez wsparcie coachingowe, mentoring i pracę trenera, wspiera innych w radzeniu sobie ze zmianą. Dziś zapytany o skojarzenia z literami w słowie zmiana odpowiada…

Zmiana to podobno jedyna stała w naszym życiu („Panta rei!”). Paradoksalnie, im bardziej zmiany nie chcemy, tym bardziej nas dotyka – przeciwstawiając się jej, walcząc z nią, potęgujemy jej wpływ. Jednak gdy odpuścimy – docenimy i zaprosimy zmianę – stanie się ona towarzyszem i kompanem, na którym możemy polegać. Przyjrzyjmy się teraz temu kompanowi literka po literce:

Z jak Zen – spokój, przestrzeń, akceptacja. Kluczem do zmiany jest nastawienie wobec niej. To w umyśle decydujemy, czy traktujemy zmianę jako „lepsze” czy „gorsze”, jako „pożądane” czy „niechciane”, jako „wdzięczność” czy „żal”. W czasach wszechobecnej gonitwy myśli, ASAPów, powiadomień, reklam, spokój zen wydaje się być luksusem… luksusem pierwszej potrzeby!

M jak Mądrość dzięki zmianie i zmiana dzięki mądrości. „Czasem wygrywasz, a czasem się uczysz” – zauważa John C. Maxwell w swojej książce pod takim właśnie tytułem. Zmiany możemy rozpatrywać w kategoriach zwycięstwa lub porażki (i na wiele innych sposobów). Czy jednak porażka pozostanie porażką, jeśli wyciągniemy z niej mądre wnioski na przyszłość („po szkodzie”)? Być może jedyną negatywną konsekwencją wszelkiej zmiany jest brak mądrości („przed szkodą i po szkodzie głupi”)?

I jak Imaginacja – „Imaginuj sobie waćpanna…” to klasyczne, sienkiewiczowskie zaproszenie do zmiany. Imaginuj – stwórz w głowie obraz czegoś, czego nie ma lub czegoś, czego nie widzisz (a jeśli nie widzisz, to przecież tak, jakby nie istniało…). Imaginuj, czyli wyobraź. A jeśli wyobrażenie będzie atrakcyjne, pociągające, budzące żądzę działania – wtedy zainicjuje zmianę. Imaginuj sobie…

A jak Autoironia – spójrz na siebie z dumą, doceń, kim jesteś dziś. A teraz przypomnij sobie fryzurę z podstawówki, zdjęcie z przedszkola lub gafę popełnioną w trakcie Bardzo Ważnej Uroczystości. I pomyśl, że i ta fryzura, i przedszkole, i gafa stworzyły dzisiejszego/dzisiejszą Ciebie w całej swej wspaniałości. I kto wie – może dzisiejszy/a Ty będzie źródłem śmiechu i radości dla Ciebie z przyszłości…?

N jak Nawyki – automatyzmy, które pomagają. Albo przeszkadzają. Sednem Zmiany jest często zmiana nawyków – albo wypracowanie nowych, albo pozbycie się starych. Aha – dla lepszego życia warto nie tylko zmieniać nawyki, ale też wdrożyć nawyk zmiany…

A jak Alleluja! – Cieszmy się i radujmy mądrością i efektem każdej zmiany – i tej trudniejszej, i tej mozolnej, i tej radosnej, i tej niespodziewanej. Czego sobie i Tobie, czytelniku, życzę!

Post ukazał się oryginalnie na stronach Zwrotnica.net. Jeśli jeszcze nie znasz kart coachingowych, przyborów trenerskich i innych genialnych pomysłów kreatywno-edukacyjnych, czym prędzej odwiedź sklep i bloga Anki Łozy! Jeszcze ważne – Anka przywraca światu wyjątkową dziedzinę wiedzy – imagineskopię! A imagineskopia służy do poszerzania wspomnianej we wpisie imaginacji!

Czego nie widzisz?

Kilka dni temu trafiłem na link do starej rosyjskiej radzieckiej łamigłówki rysunkowej. Podobno 30 lat temu każdy przedszkolak potrafił ją rozwiązać. Przedszkole za nami, ale sprawdźmy się. Oto pytania-zagadki, a poniżej rysunek do nich:

  1. Ilu turystów mieszka na campingu?
  2. Kiedy oni przyjechali: dziś czy parę dni temu?
  3. Jak tu dotarli (środek transportu)?
  4. Czy daleko od campingu do najbliższego miasta/wsi?
  5. Skąd wieje wiatr: z północy czy z południa?
  6. Jaka teraz pora dnia?
  7. Gdzie poszedł Jacek?
  8. Kto wczoraj miał dyżur (imię)?
  9. Jaki dziś dzień jakiego miesiąca? Wybierz jeden z 9: styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, grudzień – Pamiętajcie, że to zagadka sprzed lat : )

ZagadkaCamping

Zastanów się nad, zanim przejdziesz niżej. Swoje odpowiedzi możesz zapisać – będzie łatwiej sprawdzić z prawidłowymi.

.

.

.

.

.

.

.

.

Masz swoje odpowiedzi?

.

.

.

.

.

.

.

Prawidłowe odpowiedzi wyglądają następująco:

  1. Ilu turystów mieszka na campingu?
    • 4 turystów. 4 łyżki, 4 talerze, 4 imiona na tablicy „Dyżur”.
  2. Kiedy oni przyjechali: dziś czy parę dni temu?
    • Parę dni temu. Pomiędzy namiotem i drzewem jest pajęczyna.
  3. Jak tu dotarli? (środek transportu)
    • Przypłynęli na kajakach. Wiosła stoją oparte o drzewo.
  4. Czy daleko od campingu do najbliższego miasta/wsi?
    • Niedaleko. Na obrazku widać kurę.
  5. Skąd wieje wiatr: z północy czy z południa?
    • Z południa. Na namiocie jest mała flaga, która wskazuje skąd wieje wiatr. Sosny mają większe gałęzie po tej stronie, więc jest to południe.
  6. Jaka teraz pora dnia?
    • Poranek. Korzystając z poprzedniej odpowiedzi i patrząc na padający cień można ustalić, że słońce jest na wschodzie.
  7. Gdzie poszedł Jacek?
    • Jacek łapie motyle. Za namiotem widać siatkę na motyle.
  8. Kto wczoraj miał dyżur (imię)?
    • Kamil. Dziś nie ma dyżuru Jacek jak ustaliliśmy poprzednio, łapie motyli, Kamil też nie, bo przepakowuje plecak z literką K, Ben z kolei robi zdjęcia. Więc dziś dyżur ma Piotr, a to znaczy, że wczoraj była kolej Kamila.
  9. Jaki dziś dzień jakiego miesiąca? Wybierz jeden z 9: grudzień, styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień. – Pamiętajcie, że to zagadka sprzed lat 😉
    • 8 sierpnia. Jeśli dyżur ma Piotrek, to mamy datę: 8. Na kocyku piknikowym leży arbuz, więc mamy sierpień. Kiedyś nie było chemii i arbuzy dojrzewały dopiero pod koniec lata.

I jak? Ile Twoich odpowiedzi jest zgodne z kluczem? Jeśli na któreś pytanie Twoja odpowiedź brzmiała inaczej, niż ta właściwa, teraz od razu widać błąd! A wszystkie odpowiedzi wydają się oczywiste, prawda?

Wróćmy do obrazka (ponownie wklejam go poniżej dla Twojej wygody), porównaj odpowiedzi swoje z podanymi przeze mnie i zastanów się:

  • Co widzisz na obrazku teraz, kiedy znasz odpowiedzi?
  • Co wygląda inaczej niż wyglądało wcześniej?
  • Jak obrazek „zmienił się” pod wpływem znajomości odpowiedzi?

ZagadkaCamping

Po chwili refleksji i wiedząc jakie są prawidłowe odpowiedzi przejdź niżej…

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

Skąd wiesz, że klucz do odpowiedzi wskazuje prawidłowe odpowiedzi? W pierwszym odruchu na to pytanie odpowiedziałbym, że bo mają sens. Słusznie. Tylko skąd wziął się ten sens? Przyjrzyjmy się jeszcze raz pytaniom i odpowiedziom:

  1. Ilu turystów mieszka na campingu?
    • 4 turystów. 4 łyżki, 4 talerze, 4 imiona na tablicy „Dyżur”.
      • 4 łyżki i talerze świadczą tylko o tym, że… są widoczne 4 łyżki i 4 talerze.
      • Spójrzmy jeszcze raz na tablicę podpisaną jako „Dyżur” – ile naprawdę jest na niej imion? Trzy. I cyfra w czwartej linijce.
  2. Kiedy oni przyjechali: dziś czy parę dni temu?
    • Parę dni temu. Pomiędzy namiotem i drzewem jest pajęczyna.
      • Skąd wiadomo, że jest związek między terminem rozbicia namiotu, a terminem przyjazdu oraz między osobami mieszkającymi w namiocie, a kimś, kto ten namiot rozbijał?
  3. Jak tu dotarli? (środek transportu)
    • Przypłynęli na kajakach. Wiosła stoją oparte o drzewo.
      • Wiosła (czy na pewno od) kajaka są oparte o drzewo – i tyle.
      • Skąd wiadomo, że wiosła mają związek akurat ze sposobem dotarcia, a nie z aktywnościami planowanymi dopiero po przyjeździe?
  4. Czy daleko od campingu do najbliższego miasta/wsi?
    • Niedaleko. Na obrazku widać kurę.
      • Nad kolejnymi pytaniami pomyśl samodzielnie. Jeśli chcesz zobaczyć moje pytania – podświetl puste linijki poprzedzone punktorami – wyświetlą się moje watpliwości.
      • Skąd wiadomo, że kura jest z miasta/ wioski?
  5. Skąd wieje wiatr: z północy czy z południa?
    • Z południa. Na namiocie jest mała flaga, która wskazuje skąd wieje wiatr. Sosny mają większe gałęzie po tej stronie, więc jest to południe.
      • Tak… o ile każda sosna zawsze ma gałęzie od południa.
      • Poza tym, skąd wiadomo, że to akurat… sosna?
  6. Jaka teraz pora dnia?
    • Poranek. Korzystając z poprzedniej odpowiedzi i patrząc na padający cień można ustalić, że słońce jest na wschodzie.
      • Tak… o ile odpowiedź na pyt 5 jest prawidłowa. A tego nie możemy być pewni. 
  7. Gdzie poszedł Jacek?
    • Jacek łapie motyle. Za namiotem widać siatkę na motyle.
      • Skąd wiadomo, że to akurat Jacek używa siatki?
  8. Kto wczoraj miał dyżur (imię)?
    • Kamil. Dziś nie ma dyżuru Jacek jak ustaliliśmy poprzednio, łapie motyli, Kamil też nie, bo przepakowuje plecak z literką K, Ben z kolei robi zdjęcia. Więc dziś dyżur ma Piotr, a to znaczy, że wczoraj była kolej Kamila.
      • Skąd wiadomo, że litery na plecakach mają związek z imionami chłopców?
  9. Jaki dziś dzień jakiego miesiąca? Wybierz jeden z 9: grudzień, styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień. – Pamiętajcie, że to zagadka sprzed lat ; )
    • 8 sierpnia. Jeśli dyżur ma Piotrek, to mamy datę: 8. Na kocyku piknikowym leży arbuz, więc mamy sierpień. Kiedyś nie było chemii i arbuzy dojrzewały dopiero pod koniec lata.
      • Skąd wiadomo w jakim miejscu na świecie dzieje się scenka?

Sens nadaliśmy odpowiedziom, dzięki temu, czego na obrazku nie ma. Dopowiedzieliśmy sobie „fakty”, pasujące do naszej interpretacji rzeczywistości. Czy się czepiam? Oczywiście, że tak, ale z przymrużeniem oka ;- ) Bo nie o to chodzi, żeby zanegować sens tej i podobnych łamigłówek. Warto docenić, że może to być fajny test na spostrzegawczość, ćwiczenie na rozruszanie grupy szkoleniowej – ogólnie rzecz biorąc – można z niej korzystać zgodnie z intencją autorów ku chwale i uciesze tłumów! A przyjmując, że świat nad którym główkujemy jest zamknięty do tego, co na obrazku (+pobliska wieś) nasze odpowiedzi powinny spotkać się z kluczem. Tyle, że w naszym codziennym życiu klucza nie ma, prawidłowych odpowiedzi też najczęściej nie, a mimo to wnioskujemy o rzeczywistości i wierzymy, że nasze przekonania są prawdziwe – i to w oparciu o niepełne dane.

A gdyby tak… pozwolić zagadce (i sobie), by stała się inspiracją do zastanowienia się nad kilkoma kwestiami:

  • Jak często patrzę na to, co jest i widzę to, co jest (i nic więcej)?
  • Jak często w tym, co mnie otacza szukam potwierdzenia czegoś, co już wiem?
  • Jak często wydaje mi się, że jest jakaś prawidłowa odpowiedź, do której muszę się dostosować?
  • Ile razy moja nieszablonowa odpowiedź była uznana przez innych za złą odpowiedź?
  • Ile razy moja nieszablonowa odpowiedź była uznana przeze mnie za złą odpowiedź?
  • Jak często swoje patrzenie na świat sprowadzam do tego, co najprostsze w interpretacji?
  • Jak reaguję, gdy rzeczywistość nie zgadza się z moimi przekonaniami o niej?

Mając w głowie powyższe pytania pobaw się obrazkiem ze znajomymi, z rodziną. Poszukajcie odpowiedzi „prawidłowych”, pobawcie się w krytykę ich; znajdźcie jak najwięcej odpowiedzi możliwych. Nagródźcie się za za spostrzegawczość, nagródźcie się za kreatywność. Bawcie się dobrze!

P.S. Jeśli jesteś coachem, najprawdopodobniej doskonale znasz model (T)GROW. Jednym z etapów tego modelu jest określenie przez klienta Rzeczywistości – stanu obecnego. Być może ten wpis będzie dla Ciebie inspiracją do ćwiczenia, które pokaże klientowi, że to, co uważa za realia, to interpretacja zdarzeń i sytuacji, a nawet założeń i przekonań, które nie istnieją. Zachęcam do wykorzystania obrazka lub stworzenia swojej zagadki!

P. P.S. Zagadkę i odpowiedzi w języku polskim opublikowano w serwisie zielonaiczarna.pl, który zaczerpnął ją ze strony jointhetravel.com.

Sigiriya, czyli wejście w paszczę lwiej skały (spisane w 2003r.)

Dziś kolejny post #archeo – był on wysłany w jednym mailu z tekstem stanowiącym poprzedni wpis. Dziś opis wycieczki na Sigirię – miejsce, w które wracałem jeszcze wiele razy, z których (jak dotąd) ostatni był w maju 2015. Sigiriya, to jedyne miejsce na świecie, gdzie – dosłownie – zakręciło mi się w głowie – z wrażenia, przestrzeni i dzięki konstrukcji schodów prowadzących na szczyt. Sigiriya to, lwia skała – nazwa w pełni zasłużona.

… Teraz może trochę o wydarzeniach kulturalno – krajoznawczych. Ubiegły weekend to moja pierwsza większa wyprawa poza Colombo (nie licząc plaży). Ja, drugi Polak, 2 Kanadyjczyków, Słowenka i Norweg wybraliśmy się na wycieczkę do Sigirii. Jest to niesamowicie ciekawe miejsce. Na środku równiny wyrasta z ziemi 200-metrowej wysokości skała. Nie jest to twór, który ma coś, co można nazwać zboczami, czy stokami – jest to raczej sześcian z prawie pionowymi ścianami i płaskim szczytem.

Aby dotrzeć na miejsce, wchodzi się na górę po metalowych schodach zbudowanych w latach 30-tych XX wieku, które mogą przyprawić o zawroty głowy – mnie przyprawiły! Wejście na szczyt prowadziło przez… paszczę siedzącego lwa – ale to kiedyś. Dzisiaj z lwa zostały jedynie łapy, ale i tak wrażenie jest NIE-SA-MO-WI-TE!

Na skale, w V w. n.e., jeden z władców – Kasyapa – wybudował fortecę. Z dwupiętrowego budynku, do którego na szczyt skały doprowadzano bieżącą wodę, do dziś przetrwały jedynie fundamenty. W skale, poniżej szczytu znajdowały się miejsca dla strażników. Były to niewielkie „półki” skalne, których cechą charakterystyczną było to, że nie były płaskie, co powodowało, że taki strażnik – albo czuwał i się utrzymywał, dosłownie i w przenośni, na stanowisku – albo zasypiał i… spadał w przepaść. Sigiriya to także miejsce, gdzie znajdują się najbardziej znane lankijskie malowidła naskalne. Jeśli kiedyś zobaczycie jakiekolwiek zdjęcia tego typu sztuki ze SL – pochodzą właśnie z Sigirii. Jedną z sensacji związanych z malowidłami jest to, że przedstawione są na nich kobiety o skórze brązowej (to oczywiste), ale także czarnej, białej i żółtej. Przy czym ta informacja jest sensacyjna tylko przez chwilę, jeśli uświadomimy sobie, że jedne z najstarszych śladów turystyki międzynarodowej pochodzą właśnie z okolic Sigiryi – jako turyści przyjeżdzali tu już… starożytni Rzymianie – a przynajmniej tak twierdzą niektórzy naukowcy na podstawie wykopalisk. Tak więc kontakty mieszkańców Wyspy z przedstawicielami wielu ras i kultur sięgają czasów, w których praprzodkowie Mieszka nie byli jeszcze nawet w planach…

Ale Sigiriya to nie tylko skała i to, co na niej, ale też kilkanaście hektarów wokół (głównie – oczywiście – ruiny, w postaci fundamentów i liczni sklepikarze). Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w czasach, kiedy to wszystko powstawało nasi przodkowie biegali po lasach za dzikami – robi to jeszcze większe wrażenie.

[Dopisek z 2015: inna teoria głosi, że na szczycie Sigiriyi mieściły się zabudowania o charakterze religijnym, a stanowiska strażników były miejscem odosobnienia mnichów.]

Po drodze do Sigirii zatrzymaliśmy się na noc w miejscowości Dambulla, którą zwiedziliśmy w drodze powrotnej. Spaliśmy w „Oasis – Tourist Welfare Center” – jeśli kiedyś tam będziecie, zaprzyjaźnijcie się z Edmunem (pisownia prawidłowa) – właścicielem – najlepiej uczynić to z użyciem araku lub innych trunków.

[Dopisek z 2015: czy Edmun nadal prowadzi przybytek – nie wiem, ale miejsce znajdziecie na Fejsbuku: https://www.facebook.com/OasisDambulla]

W Dambulla do zobaczenia jest właściwie jedna atrakcja – skalna świątynia, a właściwie kompleks świątyń buddyjskich umieszczonych pod nawisem skalnym. Z przodu dobudowano ścianę i już. W środku posągi Buddy – siedzącego, leżącego lub umierającego. Jak mi powiedziano – różnica pomiędzy Buddą śpiącym a umierającym jest taka, że śpiący ma stopy ułożone równo, a umierający przesunięte względem siebie, gdyż „nawet budda nie zniósł bólu umierania” – tak twierdził, jeden z przewodników. Co ciekawe – śpiący Budda ma otwarte oczy. Pamiętajcie, żeby bilety kupić przed wspięciem się na skałę. Kasa jest na dole a strażnicy na górze nieprzekupni. Zapominalscy mogą wrócić (kto nie ma w głowie, ten ma w nogach) lub skorzystać z usług „gońca”, który za parę rupii pokona drogę na dół i z powrotem z uśmiechem na twarzy.

Poniżej świątyni skalnej znajduje się współczesna świątynia buddyjska z największym na świecie posągiem siedzącego Buddy  – posąg ma kolor złoty i wysokość 6 – 7 pięter.

Dambulla znajduje się 4 h jazdy autobusem od Colombo. Dystans nie jest duży – to zaledwie 160 km, ale tutejsze drogi i styl jazdy nie pozwalają na szybsze podróżowanie.

[Dopisek z 2015 – tak jak w 2003, tak i w 2015, planując podróż lądową najbezpieczniej jest przyjąć, że w ciągu godziny pokonuje się 30 km. Ta kalkulacja nie ma zastosowania jedynie do autostrad, których w 2003 było na Sri Lance równe zero kilometrów, a obecnie już są – wybudowane przez Chińczyków za prezydentury Mahindy Rajapaksa.]

Następny wpis o Sri Lance to opis najbardziej hardkorowej procesji, jaką przyszło mi w życiu widzieć… >>>

Sri Lanka – o herbacie i facetach trzymających się za ręce (spisane w 2003 r.)

Kolejny wpis z cyklu #archeo, czyli ze starych maili, blogów i innych źródeł. Poniższy tekst został oryginalnie wysłany pocztą elektroniczną do rodziny i znajomych 05 sierpnia 2003, czyli po niecałych dwóch miesiącach mojego pobytu na Sri Lance (mieszkałem na Wyspie przez rok). Tam, gdzie trzeba poprawiłem literówki, w kilku miejscach lekko przeformułowałem myśli, a większy komentarz oznaczyłem jako komentarz dodany teraz. Miłego czytania!

Pora na wieści z – jak to ktoś ładnie określił – Herbaciarni.

Skoro Herbaciarnia, to wypadałoby zacząć od samej herbaty. Jak pewnie wiecie, Sri Lanka słynie z uprawy tego krzewu i bardzo możliwe, że listki tej rośliny, które masz w szafce pochodzą właśnie stąd. Jako, że jest to tutaj napój narodowy, a kawy pije się stosunkowo niewiele, a i to raczej w formie kawy mrożonej (a przynajmniej chłodzonej) niż wrzątku, to to, co podczas szkoleń, cyz konferencji u nas zwiemy „coffee breakami” – tudzież „przerwami kawowymi”, na Sri Lance nosi nazwę – jakże by inaczej – „tea break” – „przerwa herbaciana”.

To, co w Polsce znamy jako napój zwany herbatą, różni się od tego, co tu uważa się za herbatę. Po pierwsze, pije się ją tutaj zazwyczaj BAAAARDZO słodką i do tego z mlekiem, a mleko… jest mlekiem w proszku. Herbatę przyrządzoną „po naszemu” też tu można oczywiście wypić, tylko trzeba zaznaczyć, że chce się „plain tea” – samą herbatę. Jeśli chcemy także bez cukru, należy to dodatkowo podkreślić.

Słowniczek zwrotów przydatnych przy zamawianiu herbaty (czyta się tak jak napisane, chyba, że jest zaznaczone inaczej):

  • te (e przedłużone) / tea eka – herbata (eka, czasem wymawiane jako „eke„, innym razem jako „ekaj” to przyrostek dodawany do słów obcych, oznaczający, że jest to rzeczownik. Samo „eka” jest liczebnikiem i znaczy „jeden”)
  • plain tea eka – herbata bez mleka
  • kiri epa – bez mleka
  • sini epa – bez cukru
  • kiri epa, cini epa – bez mleka i bez cukru
  • in-guru te – herbata ze świeżym imbirem (podawana jest zazwyczaj standardowo bez mleka, ale z cukrem)
  • <tu cokolwiek z powyższej listy>… denne – poproszę o… (dosłownie: daj…)

Najciekawszą rzeczą dotyczącą herbaty i Sri Lanki jest to, że plantacje krzewów herbacianych zasadzono tu przez przypadek, z desperacji i dopiero w II połowie XIX wieku. A wszystko dlatego, że wcześniej uprawiana tu roślina – kawa – została zaatakowana przez pasożyty, robaki, czy co tam kawę atakuje i wszystkie krzewy nadawały się tylko na śmietnik.

[Komentarz z 18 X 2015: Ironią losu jest to, że na herbacianej wyspie, miejscowym dostępna jest głównie byle jaka herbata, którą moglibyśmy śmiało określić mianem „odrzutów z eksportu” – stąd takie ilości cukru i dodawanie mleka. A co do kawy, to obecnie plantacje kawy są rewitalizowane i „Sri Lankan coffee” pojawia się jako promowana marka. W okolicach Sri Dalada Maligawa – Świątyni Zęba w Kandy – jest bardzo przyjemna kawiarnia Natural Coffee, którą można odwiedzić.]

Nie tylko herbata ma tu intensywnie słodki smak. Wszystko jest tu intensywne. Ciastka w cukierni – niektórych rozbolałyby zęby już na sam ich widok. Jak potrawy są pikantne, to są PIKANTNE. Intensywny jest też ruch lewostronny. Tak sobie myślę, że niewielka przestrzec osobista, jaką mają tutejsi obywatele daje się tak samo obserwować właśnie w ruchu ulicznym. Odległości w jakich jadą obok siebie lub mijają samochody i inne pojazdy, przyprawiłyby większość naszych kierowców o palpitacje serca. Czasami można te odległości mierzyć dosłownie w milimetrach…

Co ciekawe (dla niektórych ciekawe bardziej, dla niektórych wręcz przeciwnie), niewielka przestrzeń osobista objawia się tu właściwie między osobnikami tej samej płci. Normalnym jest, że faceci się obejmują czy idą trzymając się za ręce i nie ma to w żadnej mierze aspektu seksualnego. Po jakimś czasie się do tego przyzwyczaiłem i było to dla mnie normalne, ale niektórzy przez kilka miesięcy pobytu nie potrafili się przełamać, gdy kolega głaskał go po ręce… Za to fizyczny kontakt między chłopakiem i dziewczyną to tu poważna sprawa. Wszelkiego rodzaju publiczne całowania są niedozwolone, a i trzymanie się za ręce jest już wydarzeniem. Do tego można dorzucić, że rodzice wymagają, żeby 20-paro-letnia dziewczyna wracała do domu o… 20.00 (słownie: dwudziestej!) I wraca…

Ciąg dalszy nastąpił… >>>

Film

Krótki film o słuchaniu

W jednym z wcześniejszych wpisów polecałem wystąpienie z TED, w którym prelegent bez ogródek zachęca, żeby „Zamknąć się i słuchać”. Dziś zajmiemy się właśnie tym, co dzieje się, gdy coach zamyka buzię i realizuje postulat słuchania. Bo bez uważności na drugiego człowieka, bez słuchania, bez relacji zbudowanej na porozumieniu nie ma coachingu. Okazuje się jednak, że słuchanie, to nie tylko usłyszenie tego, co mówi druga osoba – tu: klient coachingu. Słuchanie przez wielkie „S” to coś więcej… No dobrze, ale CO?

W klasycznej już książce „Coaching Koaktywny” jej autorzy wyróżniają trzy poziomy słuchania:

  1. Poziom I – słuchanie wewnętrzne – mające miejsce wtedy, gdy to, co słyszymy od razu przekładamy na swoje doświadczenie, emocje, anegdoty i od razu wiemy, co powiedzieć. Jak ujmują to autorzy przywołanej lektury: „wektor świadomości skierowany jest na <<ja>> (słuchacza)” i jedyne pytanie, jakie na tym poziomie istnieje to „co to oznacza dla mnie?„. W sytuacji towarzyskiej osobę, która odbiera świat w ten sposób, rozpoznamy po tym, że w trakcie czyjejś wypowiedzi potrafi bez ceregieli wtrącić: „ja miałem tak samo!”, po czym przejąć rozmowę skupiając uwagę na sobie… do czasu, aż kolejny pierwszopoziomowy słuchacz stanie się pierwszoplanowym mówcą. O ile w samym słuchaniu wewnętrznym nie ma nic złego, to w kontekście coachingu, słuchanie (przez coacha) na pierwszym poziomie uznawane jest za błąd z prostej przyczyny – bo to nie na coachu, a na kliencie coachingu uwaga ma być skupiona!
  2. Poziom II – słuchanie skupione – to słuchanie skoncentrowane na drugiej osobie; to sytuacja, w której pełnia uwagi skierowana jest na rozmówcę, przy jednoczesnym ignorowaniu otoczenia. Słuchaczami skupionymi są zakochani, którzy „poza sobą nie widzą świata„. W kontekście coachingu, słuchanie skupione jest sytuacją zdecydowanie poprawną, co więcej – z mojej praktyki coacha oraz osoby szkolącej i mającej pod mentorską opieką młodych coachów, jasno wynika, że większość pracy coacha realizowana jest na tym poziomie. I powtórzę – jest to sytuacja dobra i właściwa. Skupienie uwagi na kliencie jest tym, co jest podstawą do zbudowania relacji coachingowej.
  3. Poziom III – słuchanie globalne – ten stan autorzy „Coachingu koaktywnego” ubrali w piękną metaforę „bycia z klientem w centrum wszechświata przy jednoczesnym odbieraniu informacji zewsząd„. Słuchanie globalne, to oprócz dźwięku także wszystkie inne bodźce i odczucia, to „akcja, brak akcji i interakcja„. Na tym poziomie coach uzyskuje większy dostęp do swojej intuicji, potrafi przełożyć niuanse z otoczenia i z zachowania klienta na relację z klientem i zaprosić go do nowych odkryć na swój temat i w odniesieniu do przedmiotu coachingu. O słuchanie na III poziomie bardzo często pytają studenci coachingu i młodzi adepci tego fachu. Jest w słuchaniu na III poziomie coś, co sprawia, że wyobrażenie go sobie, poczucie go, odróżnienie od poziomu II nie jest oczywiste. Z praktycznego punktu widzenia słuchaniem na III poziomie będzie na przykład:
  • zwrócenie uwagi na zmianę sposobu mówienia klienta: „Kiedy opowiadasz o swojej relacji z córką, mówisz głośniej, uśmiechasz się, sprawiasz wrażenie odprężonego. Gdy wracasz do innych tematów – to wszystko znika. O co w tym chodzi?„;
  • odczucie, że klient coś robi, nawet jeśli coach nie ma na ten temat wiedzy: „Gdy zacząłeś mówić o trasie podróży, odniosłam wrażenie, jakbyś patrzył na mapę„. (To jest cytat z realnej sytuacji, w której klient, w trakcie rozmowy przez Skype, otworzył w przeglądarce internetowej mapę i zaczął planować trasę patrząc na tę mapę. Coach o tym nie wiedział. Aha – tym klientem byłem ja.);
  • sprawdzenie, co oznaczają nietypowe sposoby ekspresji, szczególnie, gdy są niespójne z wypowiadanymi słowami: „Opowiadając o pracy zespołowej zacisnęłaś pięści. Co oznacza ten gest?„;
  • wsłuchanie się w ciszę – tutaj przepiękny przykład, który usłyszałem od jeden ze studentek, której służyłem jako mentor: „O czym ta cisza?” – pytanie zadane idealnie w chwili, w której pomyślałem o czymś, co chciałem powiedzieć i o czym zdecydowałem, że… nie powiem. I nie powiedziałbym, gdyby to pytanie nie padło;
  • praca z mową ciała – na przykład przyjęcie takiej samej postawy jak klient i wskazanie na odczucia z niej płynące: „Słuchając cię, usiadłem w taki sam sposób jak ty. Wyraźnie czuję, że w tej pozycji nie mogę swobodnie oddychać. Jak Ty się w tej pozycji czujesz?„.

Co ciekawe, wielokrotnie spotkałem się z następującą autorefleksją „młodych coachów”: „dzisiejsza sesja mi nie poszła, bo na III poziomie słuchałem tylko przez moment„. O rety! Słuchać globalnie przez całe spotkanie z klientem wydaje mi się nierealne. Gdy myślę o swoich sesjach, nie przypominam sobie żadnej, w której słuchanie na trzecim poziomie by dominowało. Ja widzę ten poziom słuchania (widzę słuchanie – ciekawe, prawda?) jako krótkie momenty bardzo intensywnej komunikacji, „olśnienia”, które dają „kopa” na pozostałe fragmenty rozmowy coachingowej, swoisty „napęd nitro”, który pozwala na zdobycie mistrzostwa, ale który używany zbyt beztrosko zużywa silnik. Gdy płynnie przechodzimy między drugim i trzecim poziomem słuchania, to prowadzimy (potencjalnie) bardzo dobrą sesję, która powinna mieć bardzo dobre przełożenie na to, w jaki sposób klient pracuje nad swoim celem i na to, jak zwiększa samoświadomość w istotnych dla niego obszarach. Ciekaw jestem doświadczeń i refleksji czytelników w tym temacie – zapraszam do skomentowania!

Na zakończenie jeszcze jedno. Z punktu widzenia trenera, pokazanie w łatwy sposób różnicy między słuchaniem na II i III poziomie stanowiło dla mnie wyzwanie aż do pewnych zajęć prowadzonych w Katowicach. W chwili natchnienia przypomniałem sobie cudowną scenę z mojego ukochanego West Side Story. Jest to scena, którą obejrzycie (lub już obejrzeliście – a jeśli tak, to po tej notce zachęcam do ponownego odtworzenia) w tym poście. Mowa o pierwszym spotkaniu Tony’ego i Marii. Od 13 sekundy klipu, czyli momentu, w którym spojrzenia bohaterów się spotykają, jest to to przepięknie pokazane „słuchanie” skupione. Ich otoczenie przestaje mieć znaczenie, jest rozmyte, dynamiczna muzyka i tańce gdzieś są, ale ciche i nieistotne. Liczy się ONA i ON. Nic więcej… aż do 42 sekundy, kiedy rozemocjonowany świat, który był wokół spaja się w jedno z bohaterami. Taniec pozostałych par staje się kopią ruchów Tony’ego i Marii, zmienia się scenografia, zmienia się światło… a bohaterowie są w centrum wszechświata, a wszechświat jest nimi.

Do usłyszenia!

Film

Zamknij się i słuchaj! #genialnyTEDTalk

Dziś zapraszam do obejrzenia 17-minutowego wystąpienia z TEDx z Nowej Zelandii. W filmie ani razu nie pada słowo coaching, ani ta metoda rozwoju jest przedmiotem wystąpienia. Niemniej praktycznie wszystko, o czym mowa w nagraniu można, a nawet trzeba, przenieść do świata rozwoju osobistego.

Dla mnie jest to jeden z dwóch najlepszych wystąpień w ramach TED (o drugim wkrótce napiszę). Polecam spotkanie z panem Ernesto wszystkim, którzy pracują z innymi ludźmi i ich praca skupiona jest na pomocy, wsparciu i rozwoju. A ha – historia o pomidorach rozbawiła mnie do łez. Ciekawe jak Wam się spodoba ;-).

Filmik ma automatycznie ustawione odtwarzanie napisów po polsku.

Ernesto Sirolli

Ernesto Sirolli jest ekspertem w obszarze zrównoważonego rozwoju, założycielem Sirolli Institute. W latach 70-tych XX wieku rozpoczął pracę w Afryce przy projektach pomocowych i… bardzo szybko przekonał się, że są one bezsensowne. W 1985 podjął pionierską pracę w Esperance – małej rybackiej społeczności w Australii Zachodniej. Rozwój gospodarczy okolicy oparł na pasji, determinacji, inteligencji oraz zaradności okolicznych mieszkańców. Sukces projektów z Esperance zaowocował powtórzeniem go w ponad 250 społecznościach na całym świecie. Więcej o prelegencie na stronach Sirolli Institute.

A teraz już się zamykam i zapraszam do słuchania i oglądania!

słuchaj | słuchaj | słuchaj

Myśl obrazami, stań się „flipchartowym czarodziejem”!

Tolman-2

Uczysz innych ludzi? 

Chcesz lepiej przekazywać wiedzę, uatrakcyjnić swój warsztat, stać się bardziej konkurencyjny i lepiej zapamiętywany?

Jesteś trenerem? Coachem? Konsultantem?

23 stycznia 2016 stań się flipchartowym czarodziejem i rysuj jak nigdy wcześniej!




Czego się nauczysz?
Po szkoleniu:

  • rysujesz kilkadziesiąt ikonograficznych symboli (w tym człowieka) przydatnych w codziennej pracy trenera;
  • wiesz, jak tworzyć czytelne, schludne rysunki, aby były lepiej zrozumiałe i bardziej efektowne dla odbiorców w czasie całego procesu szkoleniowego;
  • znasz i umiesz stosować receptę rysunków opartych na prostocie;
  • jesteś inspirująco zakotwiczony/a w świeżym, dziecięcym sposobie myślenia i wiesz, że wszystko jest możliwe;
  • dzięki pracy na rysunkowej metaforze jesteś w stanie znajdować wizualne reprezentacje werbalnych zagadnień;
  • Twoje dzieła mogą wyglądać mniej więcej tak: https://www.facebook.com/MyslenieWizualne/photos_s…

JAK BĘDĄ WYGLĄDAĆ ZAJĘCIA?

  • Praktyka, praktyka, praktyka – przede wszystkim!
  • Będziesz dużo rysować, testować, eksperymentować i doświadczać rysunków jako ich twórca oraz odbiorca. Będziesz oglądać równoległe rysunki pozostałych uczestników, czerpać z nich inspiracje, podglądać najlepsze pomysły i sprytne patenty.
  • Będziesz pracował indywidualnie, w parach, w grupkach.
  • Będzie aktywnie, kolorowo, kreatywnie.
  • Przez sporą część czasu poczujesz się nawet jak w przedszkolu.

A MOŻE FANTASTYCZNE MARKERY W PREZENCIE?
Dzięki uprzejmości ExperienceCorner.com każdy uczestnik dostanie zestaw trzech fantastycznych markerów Neuland (kolory losowe):
  • ArtMarker – 1 szt.
  • No.one – 1 szt.
  • Fine.one – 1 szt.

 

Klaudia Tolman

O PROWADZĄCEJKlaudia Tolman, Ryśliciel, Trener Myślenia Wizualnego, Sketchnoter, Flipchartowa Czarodziejka, Matka Założycielka społeczności Bazgrzemy.pl. Komunikuje się rysunkiem na wszystkie możliwe sposoby. Szkoli, warsztatuje, preleguje, bawi się z ludźmi. Nawraca dorosłych na rysowanie, po to, aby produktywniej pracowali, skuteczniej się uczyli, kreatywniej podchodzili do codzienności, a przy okazji: częściej się w życiu uśmiechali! Stwarza ludziom okazję do uwolnienia kreatywnych zasobów tkwiących w każdym człowieku, ale niemal zawsze uśpionych przez korpo-codzienność, zerojedynkowy system edukacji czy sztampowe mass media. Za sprawą jej miłości, czyli jej pracy, nawet najbardziej zatwardziali „nie-umiem-rysowacze” (w tym publiczności konferencji TEDxWroclaw i TEDxSopot) odkrywają, że umieją rysować!

Zobacz wystąpienie:

DODATKOWO
Cenne będzie, gdy przyniesiesz ze sobą:

  • kilka materiałów szkoleniowych, z którymi realnie pracujesz (np. handouty dla uczestników, program szkolenia, pokazy slajdów z przekazywaną wiedzą, modele / schematy / procedury, które omawiasz),
  • zestaw ulubionych „mazaków”: na szkoleniu będzie ich bezlik, ale tego nigdy za mało, szczególnie, jeśli czymś Ci się dobrze pracuje! :)
  • wygodne kapcie/buty na zmianę

INFORMACJE ORGANIZACYJNE:

  • Szkolenie przewidziane jest na min. 6 osób, maksimum 12 osób. W przypadku niedostatecznej ilości zapisanych uczestników, szkolenie zostanie przełożone na inny termin
  • Organizator: Coaching Warszawa
  • Każdy uczestnik dostaje FV, albo na dane firmowe, jakie poda, albo na swoje prywatne dane
  • W trakcie warsztatu przewidziana jest przerwa lunchowa* – na jedzenie wybierzemy się wspólnie, ale posiłek nie jest wliczony w cenę warsztatu
  • Kolejne warsztaty organizowane przez Coaching Warszawa:
  • Pozostałe terminy warsztatów Klaudii: http://www.klaudiatolman.pl/kalendarium/
  • W kwestii zwrotów zastosowanie ma regulamin serwisu evenea.pl: „4.17. W przypadku odwołania wydarzenia Organizator ponosi wyłączną odpowiedzialność za zwrot środków Kupującemu Bilet. W przypadku zmiany daty lub miejsca odbycia się wydarzenia, o ile Kupujący Bilet zażąda zwrotu środków za bilet Organizator ponosi również wyłączną odpowiedzialność za zwrot środków Kupującemu Bilet.
___________
* lunch to obiad, tyle, że w Warszawie :-)